Nigdy nie jest tak, że jakieś przedsięwzięcie może być albo udane albo nieudane. Czasem jest bardzo udane a czasem trochę mniej. Mając ten zaszczyt i przyjemność po raz drugi spisywania relacji z Bezmiechu, oficjalnie z “II Jesiennego Obozu Szybowcowego Aeroklubu Nadwiślańskiego BEZMIECHOWA 2014” biłem się z myślami jak zacząć. Tym razem bowiem było zdecydowanie inaczej niż rok temu. Co nie znaczy że gorzej. Po prostu inaczej. I jak to w szybownictwie bywa, pewna istotna zmienna, potocznie nazywana “pogodą” dała się nam we znaki. Ale nie poddaliśmy się. I myślę, ze wszyscy jesteśmy tego samego zdania, że było warto! Ale po kolei.

Na początku był Waldek. Waldek przygotowywał grunt do przyjazdu AN z odpowiednim wyprzedzeniem. Kolejna, druga część składu dołączyła najpierw do Warszawy. W piątek mieliśmy przyjemność dołączyć do Hangar Party Grupy Akrobacyjnej AVIOMET w Aeroklubie Warszawskim i świętować sukcesy Maćka Pospieszyńskiego a także Miśka Andrzejewskiego przy szklance soku z dyni i croissantach. Podbudowani opowieściami z obozu AW w Bezmiechowej, sokiem z marchwi i oscypkami wczesnym wieczorem udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia skoro świt ruszyliśmy na Bezmiechową. Uważny czytelnik może nabrać pewnych podejrzeń – tak, to nie był sok z selera. I pewne inne fakty też się nie zgadzają, ale co do zasady, zgodnie z planem w sobotę wieczorem staliśmy już w progu Domku Pilota.

Prognozy na dzień następny były bardzo obiecujące. Tak się złożyło, ze pośród tych z nas, obecnych już na miejscu wszyscy mieli zaliczone zadanie startu grawitacyjnego, właściwie jedynej metody startu na lot żaglowy w Bezmiechowej (nie licząc gum oczywiście). Dlatego bardzo ważne było dla nas, by następnego dnia jak najwcześniej skupić się na czekających nas zadaniach. Zapadła noc a południowy, prostopadły do zbocza wiatr przybierał na sile. I nie myliliśmy się – niedzielny poranek przywitał nas już całkiem silnym (7-8 m/s) wiatrem, i pięknym, jedynym w swoim rodzaju widokiem na stok, dolinę, Solinę i kolorowe piękno Bieszczad. Dla mnie osobiście jest to warunek absolutnie wystarczający, by wsiąść w samochód i pojechać do Bezmiechowej.

Punktualnie o 9:00 rozpoczęła się odprawa. Odprawy na Bezmiechu mają bardziej kameralny charakter. Wszyscy siedzą przy jednym stole, omówienie pogody skraca się do minimum podając METAR, bo każdy doskonale wie, co będzie się działo – będzie żagiel. Za to dużo większą wagę przykłada się do obsługi startów i lądowań, które to operacje ze względu na lokalne warunki terenowe zawsze stanowią wyzwanie. Po dokładnym omówieniu procedur operacyjnych byliśmy gotowi. Sprzęt i zadania zostały rozdzielone a formalności dopełnione. W tym roku poza Piratami, Boćkiem, Puchaczem i PW-piątką były też do dyspozycji dwie PW-6tki. Dzięki temu Aeroklub Nadwiślański miał pierwszeństwo w dostępie do sprzętu ale i niedzielni goście – stali bywalcy mieli na czym latać. Po jedenastej stała prędkość wiatru zdecydowanie przekroczyła 10m/s i zaczęło się.

Tego dnia na żaglu latało 8 szybowców w tym cała reprezentacja AN. Ja również miałem przyjemność odbycia swojego pierwszego lotu żaglowego z instruktorem. Wrażenia niezapomniane. Można to porównać (choć to bardzo słabe porównanie) z esowaniem nad górką na podejściu do 32 w Lisich. Nosi, dusi, wpycha w drzewa na zboczu. Należy jeszcze dodać, że w takich warunkach nie ma czasu na podziwianie Bieszczad. OK, przynajmniej nie przez pierwszą godzinę. Dzień lotny zakończyliśmy o zmroku, wymęczeni ale zadowoleni.

Następnego dnia kontynuowaliśmy naukę żagla. Warunki niestety były gorsze i w efekcie po południu wiatr ustał a pierwsze krople deszczu zasugerowały nam dalszy kierunek – hangar. I tu niestety pojawia się ten krępujący moment relacji, czyli istotna zmienna – pogoda. Najwyraźniej aura doszła do wniosku, że słoneczna i termiczna hipoteka zaciągnięta rok wcześniej była na wyrost i w ramach odsetek od zaciągniętego kredytu uraczyła nas ciężkim zimnym zachmurzeniem z podstawami poniżej naszego centrum dowodzenia. Jednak nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Każdy z nas stawiał sobie pewne cele i poza lataniem dla każdego z nas był to również czas urlopu, relaksu i odpoczynku. I z tego właśnie powodu w kolejnych dniach kontynuowaliśmy naukę żagla, z tym że na Solinie. Jako że członkowie AN a w szczególności reprezentacja Bezmiechowska jest wszechstronnie uzdolniona zrezygnowaliśmy z usług skippera, zbiliśmy cenę czarteru, dostaliśmy litr flaków na rejs a nawet (prawdopodobnie pod wrażeniem naszej wspaniałości) ofiarowano nam kota. I w ten oto sposób, żeglując, zwiedzając, grając w kręgle pokonaliśmy złą pogodę. W dzień organizowaliśmy sobie urlopowe atrakcje a wieczorem dogrzewaliśmy się przy kominku.

Dzięki powiązaniom Waldka z tzw. MEiL PW mieliśmy okazję spotkać się z Panem dr inż. Romanem Świtkiewiczem odpowiedzialnym za konstrukcje szybowców serii PW-… oraz twórcy pojęcia tak zwanej „Trzeciej Połowy” – zaintrygowanych odsyłam na Obóz AN w 2015 roku. Ów przesympatyczny i otwarty człowiek okazał się być kopalnią wiedzy nie tylko na temat samej Bezmiechowej, ale całego polskiego szybownictwa. Mieliśmy okazję zapoznać się z olbrzymią liczbą fotografii, ciekawych książek oraz wspomnień z upadków i wzlotów szybownictwa i lotnictwa od czasów II R.P., przez okres wojny, zawirowania komunizmu aż do współczesności. Historii sukcesów nierzadko pisanych krwią ale też odwagą i determinacją w dążeniu do celu. Również delegacja AN miała swój edukacyjny wkład do świata lotniczego. Stawiam duże pieniądze na to, że kolejne grupy studentek (i czasem studentów) Politechniki Rzeszowskiej dzięki nam mogły poznać smak latania. Nawet niedźwiedź siejący postrach w naszej najbliższej okolicy na wieść o wizycie AN zapadł się pod ziemie. Po raz kolejny przekonaliśmy się, ze jesteśmy zgraną ekipą.

Skład ekipy AN został powiększony w końcówce turnusu o kolejne zdeterminowane osoby (w kolejności przyjazdu: Jarek, Paweł i Michał z Renią). Zwiększenie naszych sił nie spowodowało niestety spłacenia wspomnianych wcześniej odsetek od kredytu – rozłożyły się one tylko na więcej osób. Na pocieszenie ostatnie, weekendowe dni obozu ogrzały nas słońcem i ciepłym, lekkim wiatrem co było doskonałą okazją do latania choć nie na żaglu, na który większość z nas się nastawiała. Odwiedziły nas samolociki z ościennych lotnisk i miejsc wyzwnaczonych na lotniska: Cessna, jak i Sbach, który sprawdzał jak się kręci acro wzdłuż pochyłego. Michał pokazał sztuczki z pomocą swojego modelu. Ktoś mógłby rzec – tylko trzy dni latania, po co to wszystko. Sądzę, że ciężko to w prosty sposób wytłumaczyć. Kto był, ten wie, że zawsze warto. Kto nie był może posiłkować się zdjęciami Waldka pięknych okoliczności przyrody oraz tą oto nędzną relacją. Choć to nie to samo, co być tam na miejscu. Liczę na III Jesienny Obóz Szybowcowy Bezmiechowa 2015.

Dziękujemy, jak nie wiem Kubutkowi za wyciągnięcie nas z płaskiego a także całej ekipie pochyłego za gościnę i profesjonalne podejście do naszego Team’u Lisiaków 🙂

doraźny zespół redakcyjny ANnews

podpisy nieczytelne