Relacja z 42 Szybowcowych Mistrzostw Polski Juniorów w Klasach Klub B i Standard rozegranych w Białymstoku na lotnisku Krywlany w dniach 14-23 sierpień 2014r.

W Lisich Kątach latam od 2012 roku, tu też zaszczepiono we mnie chęć do latania na przeloty – wieczorne opowieści o tym, kto przeleciał więcej a kto szybciej sprawiły, że zapragnąłem sprawdzić swoich sił poza stożkiem. Na obozie przelotowym “Flajówka” w 2014 roku doszedł element rywalizacji i oceny naszych poczynań przez instruktorów, na nim też przeleciałem po raz pierwszy trasę 300 kilometrów. Wtedy też utwierdziłem się w przekonaniu, że zawody szybowcowe to będzie coś dla mnie – i tak w lipcu pojechałem do Ostrowa Wlkp. gdzie na Juniorze 7K udało mi się zająć nieoczekiwanie drugie miejsce. Po tak szczęśliwym debiucie wróciłem ścigać się do Lisich gdzie przez wpadkę z zasilaniem rejestratora na jednej z konkurencji ostatecznie zająłem siódme miejsce, chociaż satysfakcję z latania i tak miałem ogromną…

Białystok był moją trzecią imprezą w tym sezonie. Po zakończeniu zawodów w Lisich zrobiłem sobie dwa dni przerwy od latania. Potrzebowałem trochę odpoczynku a “mój” Junior przeglądu pięćdziesiątki. W rezultacie gdy na Białostockim lotnisku odbywał się trening, ja z kolegą Maćkiem powoli toczyliśmy się tam z naszymi przyczepami. Same zawody odbyły się w klimacie ciągłej niepewności i starć z pogodą jednak udało się rozegrać w naszej klasie wymagane trzy konkurencje. Aby oszczędzić wam czytania o deszczowej nudzie, skupię się tylko na dniach kiedy udało nam się oderwać od ziemi.

Lot pierwszy i drugi – 15.08
Tego dnia pogoda była bardzo nierówna. Opisałbym ją słowami “komora maszyny losującej jest pusta, następuje otwarcie startu lotnego…”. Pierwsze w kolejce do startu były RZSy, które w większości zdołały sprawnie załapać się na termikę, jednak pogoda tego dnia była wybitnie nieprzychylna i już ostatni z nich oraz cała nasza klasa startowała w opadzie, który dość sprawnie wygasił termikę. Był to mój pierwszy lot w Białymstoku, toteż oprócz próby utrzymania się w powietrzu zajęty dość mocno byłem orientacją w terenie. W takich warunkach oczywiście spadłem na lotnisko a jedynym “pocieszeniem” było, że na prostej trzeba było się rozpychać łokciami wśród tłumu szybowców. Z narastającym w sobie ciśnieniem zaciągnąłem się na drugi start, nieco bardziej owocny od pierwszego – jednak ten lot był jednym z najgorszych w moim życiu. Gdy tylko osiągnąłem pod poszarpanymi Cumulusami podstawę 1300m odbiłem na trasę starając się nadrobić stracone cenne minuty dnia termicznego. Wiatr jednak dość mocno posegregował noszenia co sprawiło, że odbiłem 10km od kreski i do pierwszego pz musiałem potem ciąć z bocznym wiatrem, dość długim jak na warunki przeskokiem. Zaliczyłem go na wysokości 700-800m po czym po odwróceniu się ujrzałem idącą na mnie ścianę deszczu a coś co 15 minut wcześniej było niewinnym kłaczkiem miało teraz z 5km wysokości, lało, grzmiało i pluło zachmurzeniem średnim na wszystkie strony. Próba ominięcia opadu pod altem skończyła się w sposób oczywisty. Nie tylko ja miałem tak słaby lot i ostatecznie konkurencja została nierozegrana.

Lot trzeci – 17.08

Pogoda identyczna jak dwa dni wcześniej tylko podstawa wynosiła 700-800m. Kierownik sportowy jednak niezrażony wysłał nas w powietrze. Silny wiatr szybko sprawił, że jedynym wyjściem po wyczepieniu okazał się szlak ciągnący się na północ od lotniska. Deszcze, słabe noszenia i niska podstawa sprawiła jednak, że latanie było ciężkie. Grupowaliśmy się w akwariach razem z jantarami, co i rusz ktoś spadał na lotnisko lub do pola z powodu wiatru uniemożliwiającego powrót. Próbując utrzymać się w powietrzu miałem wreszcie czas na chwilę spokoju i wytchnienia dzięki wciąż odsuwanemu otwarciu startu.

Podstawa powoli się podnosiła, wyskoczyło więcej Cu jednak przez radio padł dla nas komunikat “odwołana”. Trochę się rozczarowałem, gdyż powietrze wyraźnie się wysuszyło i chmurki wyglądały ładnie – bez większych problemów zwiedzałem sobie okolice lotniska przez kolejne dwie godziny. Po lądowaniu okazało się jednak, że po raz kolejny trasa okazała się zabójcza i wieczór spędziłem jeżdżąc po pechowców z innych klas.

Konkurencja 1 – 19.08

Tego dnia dostaliśmy Racing Task 180km. Wiatr ok. 30km/h z kier. 210-240, podstawy 1300, w końcu nie rozlewało i nie padało. Postanowiłem zaufać meteo, które zapowiadało nasunięcie się grubego cirrusa w drugiej części dnia i dostosować do tego taktykę. Jeżeli taktyką można nazwać ucieczkę zaraz po otwarciu startu. Początkowo noszenia wynosiły niecałe dwa metry lecz pierwszy punkt był zaledwie trzydzieści kilometrów pod wiatr po czym można było się odkręcić.

Do 2 PZ trasa przebiegała bajkowo. Spotkałem się z Cobrą KN po czym parą polecieliśmy cały bok pomagając sobie nawzajem w odnajdywaniu noszeń nad dość atermicznym terenem rozlewisk bagiennych i zielonych pól. Tuż przed punktem zaczął się u mnie kryzys spowodowany raczej błędem niż warunkami. Straciłem tam trochę czasu a Cobra poleciała gdzieś sama. Po zaliczeniu odkręciłem się pod wiatr do trzeciego i zobaczyłem, że meteo miało rację i pół nieba już miało ciemnoszary kolor. Mając do wyboru lot tuż przy obwiedni i ucieczkę skrajem łachy lub odbicie po szlaku pod cirrusa wybrałem tę druga opcje. Oczywisty błąd krytyczny. O jego popełnieniu zdecydowała dość naiwna nadzieja, że “jakoś to będzie”. Oczywiście takie coś skończyło się jak musiało – darmowym obiadem w jednej z okolicznych wiosek 🙂

Po locie okazało się, że takie samo myślenie posadziło mnie i wszystkich, którzy mieli silne parcie na wynik a jako jedyny trasę obleciał chłopak, który pierwszy raz był na zawodach – po prostu leciał swoje i chwała mu za to!
Gratulacje Łukasz!

Konkurencja 2 – 20.08

Tego dnia obszarówka 2:00 97-297km. Wiatr niezmiennie z południowego zachodu, dziś trochę słabszy lecz nadal trzeba było się z nim liczyć. Podstawy osiągały do 1400m. Po raz kolejny meteo zapowiadało zagrożenie, tym razem wyblaszenie nieba po 16:00. Latając przed otwarciem zauważyłem, że słabe noszenia powoli się nasilają a chmury z 1100m powoli dojrzewają do planowanych 1400. Zaplanowałem więc lot na 14:00-16:00 zakładając 150km jako wynik satysfakcjonujący. Kolejną obserwacją był brak dłuższych, dających się naszymi “rowerkami” wykorzystać szlaków.

Zagwozdka na ten lot była więc następująca: jak wydłużyć bok “z wiatrem”, żeby jednocześnie nie rozciągać “pod wiatr”. Odpowiedź była jasna lecz smutna – należało lecieć do 1 strefy z wiatrem bocznym pozwalając się odpychać od środka “pizzy”. Smutna bo nikt z bocznym latać nie lubi 😉 Lecz w ten sposób wpadały mi niemal darmowe kilometry płynące z zaliczania strefy bo jej boku. O 13:50 chmurki utworzyły pomost północ-południe prostopadle do wiatru i planowany holding do 14:00 został przerwany odbiciem na trasę.

Z pierwszej do drugiej strefy czekał mnie lot pod wiatr – najtrudniejsza część.  Udało się jednak w miarę sprawnie długimi przeskokami poruszać a termika była na tyle przewidywalna, że 600 metrów można było bez problemu wykręcać kominy. Bok z wiatrem to był po prostu odpoczynek pokonany ze średnią ponad 100km/h. Pomimo zagrzebania się na dolocie pod wiatr cały lot wyszedł mi całkiem nieźle chociaż po Ostrowskich i Lisiowych pogodach te 70km/h wydawało mi się dość przeciętne – wciąż trudno było się przestawić na latanie w trudniejszych pogodach 😉

Konkurencja 3 – 22.08

Obszarówka 133-386 czas 3:00. Prognoza lepsza niż poprzednio, tym razem ryzyko znowu łachy alto późnym popołudniem. Za to w końcu wiatr osłabł na całym przediale wysokości.

Pomimo długiej trasy wciąż podnoszące się podstawy i nasilające noszenia kazały mi wyczekiwać. Tego dnia postanowiłem ani nie lecieć na jelenia przed innymi ani w grupie szybowców tylko puścić wszystkich przodem. Dopiero gdy noszenia przekroczyły 2.5 średniego odbiłem na trasę lecąc z Maćkiem. W zasadzie przez 1 do 2 strefy lot przebiegał na spontanie tak jak chmury się rozłożyły. Po 50km zgubiłem gdzieś skrzydłowego jak i wszystkich innych – co jakiś czas bawiłem się tylko w służbę meteo na naszej częstotliwości meldując kolejne “tróje” pod chmurami.

Ten bezstresowy lot zakończył się w drugiej strefie – musiałem ją mocno kroić ponieważ założyłem sobie co najmniej 230km do zrobienia. Krojąc ją zorientowałem się, że jestem nad doliną Żubrów, a dokładnie nad wielkim bagnistym lasem. Lądowanie w bagnie to helikopter ratunkowy więc przestawiłem się na powolne nabijanie kilometrów byle być wyżej nad tym zielonym piekłem 🙂 Bagna oczywiście oznaczały też osłabianie noszeń – to i kilka błędów sprawiły, że czas do końca zadania nieubłaganie płynął szybciej niż kilometry. Po ostatecznej rezygnacji z kłucia strefy zawróciłem i ujrzałem widok podobny do tego z pierwszej konkurencji. Alto stało nad 3 strefą i lotniskiem. Jednak w przeciwieństwie do cirrusa alto daje nadzieję, że się przepali i licząc na to pohalsowałem w stronę domu.

Noszenia bardzo osłabły, ponadto odległości pomiędzy chmurami zwiększyły się na tyle, że w pewnym momencie podkręcałem się w czym się na – każdy kłaczek z metrem pod sobą miał znaczenie. Te większe chmury również pluły zachmurzeniem średnim co ograniczało wybór lecz lecąc asekuracyjnie udało mi się dotrzeć do skraju głównego alto nad trzecią strefą. Miałem szczęście, że łacha już przechodziła i jej skraj odsłaniał słońcu spragnioną energii ziemię. Kilka minut holdingu i 10km przed ostatnią strefą wykręciłem pod świeżym Cu dolot po minimum odległości i prędkości, dzięki któremu udało mi się przebić do lotniska. Pogoda okazała się zabójcza dla szybowców o mniejszej doskonałości – wieczorem i następnego dnia rano pod hangarem stała linia montażowa Piratów…

Następnego dnia okazało się, że trzecia konkurencja była zarazem ostatnią – na więcej latania nie pozwoliła pogoda. Pozwoliło nam to bez pośpiechu zdemontować szybowce i spakować się bez pośpiechu oraz zorganizować nieoficjalnie zakończenie zawodów 😉 W niedzielę było zakończenie “właściwe” gdzie wciąż chyba lekko zaskoczony, że już po wszystkim, dostąpiłem zaszczytu wejścia na najwyższe miejsce na podium.

Latanie na zawodach w tym roku dostarczało mi tyle radości, satysfakcji i emocji, że plany na kolejny sezon są oczywiste. Szczęście się do mnie uśmiechnęło i pozwoliło wygrać najważniejszą imprezę w sezonie – zobaczymy czy za rok również się uda.

Artur Łończuk